Posted on Dodaj komentarz

Nie wierzę w tworzenie dobrych produktów podczas weny.

Jest szansa, że będzie to najkrótszy wpis na moim blogu.  Ale w tym temacie nie ma co przynudzać, wystarczy, gdy opowiem jak to u mnie jest z tą weną twórczą i jak to „wspaniale” się z nią pracuje.

Mały update – ostatnie tygodnie były pracowite i ciężko mi było znaleźć czas na blogowanie – stąd taka przerwa. Jak wiecie, czas jest wymagający, ponieważ nieubłaganie moje studia dobiegają końca, a to oznacza stworzenie kolekcji dyplomowej i napisanie pracy. O moich początkach możecie przeczytać tu – http://mariaszyje.pl/dyplomu-ciezkie-poczatki/?v=9b7d173b068d

Dziś post o tym jak pracuję i tworzę, ale w nieco innym ujęciu.

Wielu z Was zapewne myśli, że do stworzenia czegoś świetnego potrzeba weny twórczej. Otóż, chcę tę tezę obalić.

Nie jest prawdą, że najlepsze rzeczy tworzę podczas kilku godzin, kiedy akurat mam fazę na pomysły. Projektowanie to żmudna praca. Ja wenę mam bardzo rzadko. Wtedy, owszem, wpadają mi dobre pomysły do głowy, ale są to bardzo szkicowe i wstępne zarysy.  Ciężko w takim stanie bowiem dokończyć jakieś działania. Ciężko jest zrobić projekt od początku do końca. Mam przecież wtedy genialne pomysły trzeba je szkicować i  nie jest to czas na  rozważanie, analizowanie, przetwarzanie.

Najlepszy układ jest taki:

Wpadasz na świetny pomysł podczas weny.

Bardzo długo nosisz go w sobie, obrabiasz, przerabiasz pomysł, tak żeby serio był świetny, powiem nawet – idealny.

Właśnie na tym drugim etapie chcę się zatrzymać. Bo on zajmuje dużo czasu. On wymaga ogromnej pracy i mobilizacji. I walki ze sobą, bo najczęściej się już po prosu nie chce. I o nim często się nie mówi, bo on jest mało atrakcyjny i niezbyt spektakularny.  A jest to szara, prawdziwa rzeczywistość.

90% mojej pracy to ślęczenie przy biurku – przy projektach lub przy maszynie, mimo, że mi się nie chce, mimo, że nie mam na to żadnej ochoty. I najchętniej rzuciłabym to w pierony i pojechała na drugi koniec świata wypasać owce.

Jeśli tworzyłabym projekty tylko w momencie weny, to powstawałoby pewnie coś raz na pół roku, bo mniej więcej co taki czas dostaję objawień dobrych pomysłów – hahaha. Taka ze mnie artystka. W pracy  właśnie chodzi o metodę prób i błędów, które ostatecznie dają oczekiwany rezultat.

Często końcowy wygląd produktu ma mało wspólnego z pierwotnym projektem. Ile razy okazywało się że mój genialny pomysł, który świetnie wyglądał na papierze, zupełnie nie sprawdzał się w rzeczywistości.

Nie spłycajmy zatem pracy projektanta. Cały proces twórczy jest dłuższy i bardziej skomplikowany, niż te nieszczęsne rysunki i pomysł. Tutaj nic nie dzieje się samo, a wszystkie kształty, materiały, kolory końcowe są wynikiem poszukiwań.

Jestem zwolenniczką codziennej  pracy i mozolnego ślęczenia nad projektem, ile wlezie. Codziennie dopracowywanie tego, co jest już zrobione, jest kluczem do sukcesu. Wierzę, że wtedy powstają najlepsze i najbardziej wartościowe rzeczy. Nie zrobione nagle, w przypływie genialnego  pomysłu, ale przemyślane, sprawdzone i nieprzypadkowe. Taki projekt broni się sam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *