Posted on Dodaj komentarz

Yosemite i granitowe klify

Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że w tym Parku Yosemite jest tylko El Capitan i nic więcej, więc nie warto tam jechać. Jeśli masz takie zdanie, postaram się tym tekstem je zmienić.

Jak to u mnie było?

Byłam w Parku Narodowym Yosemite raz. Na kilka dni. Zdążyłam z M zrobić jeden całodniowy trekking, a potem w kolejny dzień, zwiedzać poszczególne miejsca. Możesz zatem stwierdzić, że nie jestem nadmiernym znawcą – i z tym się zgodzę. Przekażę Ci natomiast, co widziałam i czy polecam.

Ale zacznijmy od początku.

Aaa ale jeszcze dodam, że posiłkuję się tutaj moimi starymi zapiskami, które robiłam podczas naszych wypraw. Często, tylko dzięki temu, tak szczegółowo jestem w stanie opisać nasze przygody.

Przenieśmy się do 3 październik 2016 roku.

Do Parku wjechaliśmy w środku nocy. Chcieliśmy znaleźć jakiś campgraund, gdzie moglibyśmy bezpiecznie i legalnie zatrzymać samochód i w nim się przespać. Byliśmy już bardzo zmęczeni.

Prowadził wtedy M i miał na liczniku większą prędkość niż dozwolona w Parkach (20km/h!).

I tu muszę wtrącić. Wyobraźcie sobie proszę, że jesteśmy już po kilku tygodniowej trasie w aucie. Spaliśmy wyłącznie w samochodzie, na przednich jego siedzeniach, jeżdżąc od miejsca do miejsca. Zmęczenie, zatem, dawało nam się we znaki. Więc, nawet ja machałam ręką na tą przekraczaną prędkość, bo zwyczajnie chciałam już jak najszybciej dojechać na miejsce, gdzie wreszcie bezkarnie moglibyśmy zasnąć. Ok, koniec wtrącenia.

Nagle w ciemności za nami pojawiło się migotające, niebieskie światło… Czyli już wiadomo. Zatrzymali nas stróże porządku (rengersi), którzy pilnują porządku w Parkach. Zaczęli wypytywać, czy M nie jest pod wpływem jakichś środków odurzających. Musiał pokazać prawko i dowód rejestracyjny. Byli raczej niemili, co dziwne bo amerykanie to mili ludzie. Ja mam taką teorię na ten temat, że chcieli nas postraszyć.;p

Zapytali dokąd zmierzamy, na jakim konkretnie campie chcemy się zatrzymać. My na to, że nie wiemy dokładnie, że w zasadzie mamy nadzieje coś znaleźć dopiero. Okazało się, że w całym Parku nie ma już miejsc. Co więcej nie możemy się zatrzymać na byle jakim parkingu, mimo że będziemy spać w aucie, ponieważ…

…W Yosemite jest dużo niedźwiedzi, które jak tylko wyczują jakieś jedzenie w samochodzie zaczynają się do niego dobierać. Później dopiero następnego dnia, zobaczyłam filmiki w punktach sanitarnych, że serio, niedźwiedzie wchodzą do samochodów i dewastują je w poszukiwaniu jedzonka.

Pan Strażnik przykazał nam żebyśmy zdecydowanie zwolnili i wyjechali z Parku na nocleg. Wydawało mi się to trochę dziwne. Poza Parkiem mogliśmy już spać w aucie. Nie bardzo rozumiem jaka jest różnica w terytorium dla misiów, przed bramą i za bramą, przecież w lecie nie ma żadnych ogrodzeń… W każdym razie nie chcąc już zatarczków z prawem, wyjechaliśmy.

Każde nasze zwiedzanie, jakiegokolwiek Parku, zaczynaliśmy od centrum informacyjnego, aby dowiedzieć się przede wszystkim:

  1. w jakim punkcie możemy wziąć prysznic;
  2. gdzie dostaniemy gorącą wodę do picia, dzięki której będziemy mogli wypić gorącą herbatę i zjeść zupkę chińską;
  3. jaki szlak najlepiej wybrać – ta informacja z mapą.

Trasa, którą obraliśmy jako pierwszą, była krótka, ponieważ nie przeszliśmy jej w całości. Ma ona nazwę Mirror Lake i zaczyna się w Yosemite Valley. Zaraz na samym początku przywitało nas takie stworzenie…

Ta trasa głównie wiedzie przez las i polany. Zza drzew widać ogromne skały.
Tutaj również napotkaliśmy miejsce ze zdjęcia poniżej. Nazywa się to miejsce The Duck Corner.  Kiedy w PN spotkacie takie piramidki ułożone z kamieni, to znaczy że jesteście na dobrej drodze. One wyznaczają szlaki. Amerykanie często właśnie nazywają te ułożenie „duck ” – stąd nazwa.
W tym miejscu było ich nagromadzenie. I gdzie niby mamy teraz pójść…

Yosemite jest wiele skał granitowych, bardzo stromych, przez co Park ten cieszy się dużym powodzeniem u wpinaczy skałkowych. Powiem szczerze, patrzyłam na małe czarne kuleczki na tych skałach, bardzo wysoko nade mną, i aż miałam ciary na plechach. Z drugiej strony chyba chciałabym czegoś takiego spróbować. Choć może nie od razu na takich wysokościach.

Podobno nawet jest taki Pan, którego imienia nie pamiętam, który wspiął się po El Capitan, bez żadnych zabezpieczeń! To jest wyczyn niesamowity, bo jeden malutki błąd i po człowieku. Musi być on jednym, wielkim mięśniem.

Kolejną trasę zrobiliśmy już w całości 🙂 Jej nazwa to Mist Trail. Szliśmy przez Vernal Falls do Silver Apron. Następnie w kierunku Clark Point. A wracaliśmy John Muir Trail.

Tego typu widoki, jak na zdjęciu poniżej, są ciągle. Niesamowite są w tym Parku SKRAJNOŚCI występujące obok siebie. Skały koło drzew, a w małych szczelinach przepływające strumyczek. Najbardziej zadziwiały mnie drzewa wyrastające na szczytach skał! Jak się na tych skałach zakorzeniają – nie mam pojęcia. Ale żyją i dzięki temu, że rosną w Parku, pod ochroną, mają się dobrze.

Głównym punktem tej trasy był wodospad – Vernal. To było o tyle ciekawe, że najpierw zobaczyliśmy go z dołu…

… a później z poziomu załamania wody…

… a później z góry, jakby lotu ptaka. A my to przecież na własnych nóżkach zrobiliśmy 🙂

Kiedy już byliśmy na samej górze, dzień się miał już ku końcowi, jak widać po oświetleniu skał, słońce już było nisko. Piękny moment dnia…

W tym momencie również uświadomiłam sobie, że właściwie mamy już mało czasu na powrót za dnia. Wiec jak tylko zrobiłam zdjęcie, zaczęłam popędzać towarzysza, „bo przecież nie będziemy wracać po ciemku”.

Jednak, powrót w ciemnościach był nieunikniony, mimo, iż staraliśmy się bardzo i tępo mieliśmy szybkie. Znaczy no jak na nas 😉
Po zejściu, wyszliśmy na drogę asfaltową, zaraz koło przystanku autobusowego. Busy w Parkach kursują, żeby uniknąć zbyt dużego ruchu aut. Jednak po kilkudziesięciu minutach czekania na autobus, który nie przyjeżdżał, uznaliśmy, że dotrzemy do auta na piechotę. Włączyliśmy latarki w telefonach i ruszyliśmy tą też drogą asfaltową. To co się działo w mojej głowie podczas tej trasy to tylko ja wiem. W takich sytuacjach wyobraźnia na zbyt wiele sobie pozwala. Już widziałam tego niedźwiedzia który wyskakuje zza drzew…
Mapy pokazywały, że zajmie nam to kilkanaście minut. I rzeczywiście, dotarliśmy dość szybko, bez usterek i nieprzyjemnych spotkań.

Noc. To była zdecydowanie jedna z najcięższych nocy podczas naszych podróży, ze względu na zimno. Oczywiście, znów musieliśmy wyjechać z terenu Parku, po to żeby rano do niego wjechać. Tym razem wyjechaliśmy w innym wejściem, tak żeby rano mieć bliżej do kolejnych części naszych obranych celów.
Generalnie w Parka zawsze jest chłodniej niż w miastach, to dość logiczne. Ale zupełnie nie spodziewaliśmy się takiego zimna. Przykrywaliśmy się czym tylko się dało – bluzami, kurtkami… Noc nie była przespana z zimna i w moim przypadku również z bólu. Moje nogi nie były przyzwyczajone do tak długich spacerów zwłaszcza w górę i w dół. Dopiero, nad ranem udało nam się zasnąć i spaliśmy do 10.00, czyli do bardzo późna. Wcześniej zaplanowaliśmy dość długa trasę, ale plany musiały ulec zmianie.
Zamiast spacerów pojeździliśmy jeszcze po parku, zatrzymując się tu i ówdzie, aby podziwiać widoki.

To w podróżowaniu lubię najbardziej, robię to na co mam ochotę. Jasne jakiś plan ramowy muszę mieć. Natomiast jeśli spodoba mi się w jakimś miejscu to mogę tam zostać dłużej. Albo jak w tym przypadku zupełnie odpuścić kolejną trasę, bo zwyczajnie nie miałam na to siły.

Z Parku chcieliśmy wyjeżdżać wschodnim wyjazdem, więc też tamte tereny zobaczyliśmy głównie z samochodu. Jak wychodziliśmy z auta, żeby być przez moment bliżej piękna, szybko wracaliśmy do środka. Było nieprzyjemnie zimno. Na poboczu były widoczne regularne zaspy ze śniegu. Tak, to by tłumaczyło dlaczego tak zimno było w nocy.

A taki widokiem żegnał nas Yosemite, już pod sam koniec dnia… Już czekam kiedy znów tam będę 🙂

Czy polecam?

Oczywiście! 9/10!

A za tydzień będzie o wyjątkowym dla mnie miejscu.

Pozdrawiam, rozmarzona Maria!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *